Było zupełnie oczywiste, że przedłużająca się wojna na Bliskim Wschodzie zacznie prędzej czy później wpływać na światową gospodarkę, w tym na sektor automotive, i tak też się stało. Według doniesień japońskiego dziennika biznesowego Nikkei jednym z producentów, który zaczął już odczuwać skutki konfliktu, jest Toyota. Japoński gigant miał ograniczyć produkcję o 40 tys. szt. do końca kwietnia.
Koji Sato, dyrektor zarządzający Toyoty oraz prezes Japońskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (JAMA), przekazał, że na ten moment nie sposób precyzyjnie oszacować skutków wojny, podkreślając zarazem, że Bliski Wschód pozostaje ważnym rynkiem dla japońskich marek.
Jak ważnym? Z wyliczeń JAMA wynika, że każdego roku do lokalnych nabywców trafia około 800 tysięcy japońskich aut o wartości rzędu 15,7 mld dol. Raport firmy badawczej Bernstein wskazuje z kolei, że Toyota odpowiada za 17 proc. sprzedaży nowych aut w regionie (kolejne 10 proc. stanowi Hyundai; duże znaczenie oprócz brandów japońskich i koreańskich mają także marki z Chin, m.in. Chery).
Przedłużający się konflikt jest zmartwieniem także dla Nissana, rynkowej „szóstki” z wolumenem w regionie przekraczającym 100 tys. pojazdów. W zeszłym roku na Bliski Wschód trafiło prawie 78 tys. aut marki wyprodukowanych w Japonii. Także i w tym przypadku Nikkei donosi o ograniczeniach w produkcji – na tę chwilę raczej stonowanych; mowa bowiem o zaledwie 1,2 tys. samochodach. Każdy kolejny dzień wojny stwarza jednak ryzyko eskalacji kryzysu.
Co ważne, tyczy się to nie tylko producentów bezpośrednio zaangażowanych w sprzedaż w regionie. Blokada mającej strategiczne znaczenie dla globalnego handlu Cieśniny Ormuz grozi powtórką sprzed pięciu lat, gdy wąskie gardła związane z niedoborem półprzewodników doprowadziły do długotrwałych problemów podażowych, z których branża wyszła dopiero po 2-3 latach.
Austriacki instytut zajmujący się badaniem łańcuchów dostaw (ASCII) przedstawił raport, w którym oszacował, że europejski przemysł motoryzacyjny może zderzyć się z krytycznym niedoborem układów scalonych oraz baterii, jeśli wojna potrwa dłużej niż dwa miesiące. Według autora publikacji, pomimo doświadczeń z poprzednich lat, Europa nie jest przygotowana na potencjalne niedobory, zaś wielu producentów, z uwagi na kwestie kosztowe, zlekceważyło zagrożenie związane z przerwaniem łańcuchów dostaw. Powtórka z rozrywki? Oby nie.



