Aktualności

Nowe rozdanie

Nawet 40 tys. zł wsparcia, czteroletni limit wieku samochodu i limit cenowy na poziomie 150 tys. zł. Tak w skrócie brzmi zapowiedź rządowego programu dotacji do zakupu używanych „elektryków”. Programu, który budzi skrajne opinie.

Przedstawiony przez rząd projekt dotyczy nowego programu wsparcia, który jest skierowany do nabywców prywatnych oraz osób fizycznych prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Program zakłada wsparcie w nabyciu, leasingu i wynajmie długoterminowym nowych i używanych „elektryków” – poinformowało nas Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Szczegółów projektu ministerstwo póki co nie podaje. Może to i lepiej, bo czytając informację resortu wprost, wynikałoby z niej m.in., że dotacje nie obejmą firm – tego na razie nie rozstrzygamy, choć taki zapis spowodowałby zapewne, iż znaczenie całego programu byłoby, delikatnie mówiąc, ograniczone. – Ostateczne kryteria i zasady będą możliwe do przedstawienia dopiero po wydaniu wiążącej decyzji przez Komisję Europejską. Obecnie trwają negocjacje z Komisją, które są kluczowe dla szczegółowych zasad programu. Wydania decyzji KE w tym zakresie spodziewamy się w drugiej połowie roku – przekazało nam MKiŚ.

Na podstawie uchwały ze strony Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, jak i rządowego przekazu medialnego, możemy w każdym razie napisać, że w ramach pieniędzy z KPO zakup używanego bądź nowego „elektryka” będzie objęty łącznym wsparciem w wysokości 373,75 mln euro, czyli około 1,6 mld zł (to dwa razy więcej niż budżet „Mojego elektryka”). Dopłata do auta elektrycznego z drugiej ręki wyniesie według zapowiedzi do 40 tys. zł, maksymalny wiek samochodu ma sięgnąć 4 lat, a jego górną cenę – na 150 tys. zł (bazowa kwota dopłaty przy zakupie nowego „elektryka” sięgnie – najpewniej – 30 tys. zł, z limitem cenowym 225 tys. zł). Mowa też o zwiększeniu kwoty dopłaty o 10 proc. po złożeniu zaświadczenia o zezłomowaniu pojazdu spalinowego posiadanego przez beneficjenta przez co najmniej 3 lata. Zwiększenie dotacji o kolejne 10 proc. objęłoby osoby z rocznymi dochodami poniżej 135 tys. zł. W dalszej części tekstu skupiamy się właśnie na dopłatach do „używek”, które będą w Polsce nowością.

WIĘCEJ SZKODY…

Choć ruch w stronę pomocy obywatelom w przesiadce na nieco starsze „elektryki” wydaje się – przynajmniej w swoim założeniu – pomysłem godnym pochwały, to wzbudził on już mieszane odczucia. Marek Konieczny, partner zarządzający DCG Dealer Consulting, uważa, że pomysł dopłat do używanych aut elektrycznych zaszkodzi dealerom. Ekspert wskazuje, że w Polsce nie ma – i nie będzie – wtórnego rynku „elektryków”, a dopłaty do bateryjnych „używek” spowodują, wskutek presji cenowej, tylko obniżenie cen samochodów spalinowych z drugiej ręki. – Program wywołałby same szkody, bo używane „elektryki” praktycznie u nas nie funkcjonują, więc ludzie sprowadzaliby je z zagranicy – tłumaczy. Konieczny odpiera ponadto częsty argument, że tego rodzaju programy funkcjonują już w krajach Europy Zachodniej. – Są to zgoła inne rynki, mające odmienny od naszego poziom nasycenia – zaznacza nasz rozmówca.

Podobnie twierdzi Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar, który zakłada, Nowe rozdanie Nawet 40 tys. zł wsparcia, czteroletni limit wieku samochodu i limit cenowy na poziomie 150 tys. zł. Tak w skrócie brzmi zapowiedź rządowego programu dotacji do zakupu używanych „elektryków”. Programu, który budzi skrajne opinie. że dotacje rzędu 40 tys. zł sprzyjałyby importowi „używek”, a niekoniecznie rozwojowi segmentu w Polsce. – Rynek wtórny „elektryków” kieruje się nieco innymi prawami. Auto spalinowe może długo jeździć, a koszty jego naprawy nie będą tak duże jak w wypadku auta elektrycznego, dla którego problem z baterią potrafi przesądzić o być albo nie być pojazdu – wychodzi z założenia przedstawiciel Samaru. Według eksperta potrzebne jest więc takie wsparcie, by – przy dofinansowywaniu kupna używanego BEV-a – wspomagać cały rynek nowych „elektryków” i „spalinówek”. Realizacja programu wymaga głębokiego zastanowienia. – Nie możemy wylać dziecka z kąpielą, tak żeby nie okazało się, że dotacje do „używek” będą wspierać głównie import pojazdów. Odpowiednio skonstruowany system powinien wspomagać sprzedaż na rynku wewnętrznym, a to oznacza nieco inne podejście do kwestii dotowania samochodów z drugiej ręki – uczula Drzewiecki. I dodaje: – Możemy działać na granicy rynku motoryzacyjnego i szeroko rozumianej energetyki, przyczyniając się do ograniczenia oddziaływania czynników, które dziś stanowią podstawowy problem na rynku używanych BEV-ów.

…CZY POŻYTKU?

Dealerzy wydają się jednak całkiem pozytywnie nastawieni do rządowego pomysłu, dostrzegając w nim choćby szansę na upłynnienie swojego stoku. Głównie dlatego, że większość klientów decyduje się na „elektryki” w formie wynajmu bądź leasingu z niską ratą. – Proponowane dopłaty byłyby pomocne w sprzedaży aut, które wracają do firm leasingowych czy dealerów. Byłby to ruch w kierunku stworzenia rynku używanych BEV-ów, bo część osób z mniej zasobnymi portfelami chciałaby pewnie spróbować przesiadki na „elektryka” – mówi prezes Auto Idei Bogusław Kowalski. Argument dotyczący „zachęty” dla mniej zamożnych nie przekonuje za to Jakuba Farysia, prezesa PZPM-u, który przypomina, że proponowany limit cenowy wynosi aż 150 tys. zł. – Jeśli ktoś ma do wydania taką kwotę, to sądzę, że jest w stanie dołożyć kolejne kilkanaście tysięcy złotych, żeby już za około 180 tys. zł – przy wzięciu pieniędzy z „Mojego elektryka” – kupić sobie bardzo przyzwoite nowe auto bateryjne – zauważa szef PZPM-u.

Jakub Faryś nie chciałby ponadto, aby w Polsce świadomość zeroemisyjnych pojazdów była budowana na kilkuletnich autach, które po upływie kolejnych trzech lub czterech lat staną się dość leciwym towarem. – Wspieranie elektryfikacji to wspaniała idea, ale położyłbym nacisk na większy limit cenowy dla nowych BEV- -ów. Ułatwiłoby to nam tworzenie parku, na który składałoby się więcej nieużywanych „elektryków” kupionych w kraju – ocenia. Prezes PZPM-u wyjaśnia także, że dopłaty do elektrycznych samochodów z drugiej ręki zaburzą wartości rezydualne „używek”: – Dziś na polskich drogach jeździ ponad 60 tys. modeli bateryjnych. Jeśli program – a na to wskazywałby jego zapowiadany budżet – miałby objąć wiele tysięcy aut z drugiej ręki, oznaczałoby to wejście na rynek „używek” liczących pokaźny procent obecnego parku. To zaś grozi problemem z wartością rezydualną. Tuzinek, prezes ZDS-u, zauważa jednak, że wartość rezydualna „elektryków” i tak jest już obecnie bardzo niska, z kolei w programie dostrzega potencjalne korzyści dla samych dealerów. – Patrząc na autoryzowaną sprzedaż, sądzę, że dealerzy skorzystają na dopłatach, bo mają do sprzedania choćby samochody demonstracyjne, których aktualnie, z uwagi na to, jak szybko spadają ich ceny, pozbywają się wyraźnie poniżej wartości zakupu. Jeśli więc przedsięwzięcie spowoduje wzrost popytu, to tylko lepiej – podsumowuje.

W podobnym tonie wypowiada się Tomasz Stępień, prezes WTM Wróbel, przypominając, że dealerzy mają do pokonania wyzwania związane z autami „wewnętrznymi”. – Wielu dealerów posiada auta, które wyszły już z programu demo i trudno je sprzedać bez straty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych – zdradza. Przedstawiciel wrocławskiej firmy dostrzega jednak także zagrożenie, którym mógłby być wzmożony import BEV-ów z drugiej ręki do Polski. Dealer obawia się też, że sama dopłata to rozwiązanie stymulujące w krótkiej perspektywie. Już po kupnie samochodu przed użytkownikiem stanie wyzwanie w postaci słabej infrastruktury ładowania, ale i wysokiego kosztu ponoszonego przy ładowaniu „elektryka”.

TO, CO WAŻNE

Do prawidłowo działających dopłat potrzebne jest zadbanie o szereg szczegółów, jak choćby wprowadzenie ograniczenia wieku samochodu. Paweł Tuzinek zwraca natomiast uwagę, że poza tym aspektem ważne jest, aby brać pod uwagę poziom zużycia baterii. – To powinna być kwestia, która decydowałaby o zakwalifikowaniu auta do dopłaty – omawia prezes ZDS-u. Z kolei, gdyby – mimo obecnych zapowiedzi – wsparcie mogły otrzymać także samochody powyżej 4 lat, ZDS będzie wnosił, by skorzystanie z dotacji na pojazd w wieku od 5 lat wzwyż było możliwe tylko po oddaniu do stacji demontażu starego pojazdu spalinowego (przypomnijmy: rząd deklaruje obecnie wyższą dopłatę przy pozbyciu się posiadanej przez co najmniej 3 lata „spalinówki”).

Inną ważną kwestią jest zachowanie odpowiednich proporcji przy dopłatach, bo czteroletni „elektryk” sprowadzony z zagranicy może kosztować około 50 tys. zł. – Nie wyobrażam sobie, żeby przy takiej kwocie dopłata wynosiła 40 tys. zł, bo oznaczałoby to koszt zakupu na poziomie 10 tys. zł – zaznacza Jakub Faryś.

EDUKOWANIE KLIENTA

Niezależnie od tego, co napiszemy o możliwym kształcie programu czy jego plusach i minusach, jedno jest pewne: w jakimś stopniu na pewno spopularyzuje on BEV-y w Polsce. – Dobrze, że pojawiają się nowe programy, które pomogą sprzedać „elektryki” i spowodują, że ludzie się nimi zainteresują – sądzi Remik Świątek, dyrektor zarządzający poznańskim oddziałem MB Motors. I choć dealer zdaje sobie sprawę, że sprzedawane przez niego bateryjne Mercedesy w niewielkiej liczbie – o ile w ogóle – zmieszczą się w limicie 150 tys. zł, podkreśla zarazem, że ważny w tym wszystkim jest też sam aspekt edukacyjny. – Jeśli klienci kupią używane „elektryki” innych marek, to może z czasem przesiądą się na auta elektryczne Mercedesa z drugiej ręki, a nawet nowe – opowiada. Świątek jest także ostrożny w ocenie, że dopłaty do używanych aut elektrycznych spowodowałyby spadek sprzedaży spalinowych „używek”. Jego zdaniem pojazdy elektryczne nie są towarem, który wszyscy chętnie kupują i nagle się na niego rzucą, bo dostaną dopłatę. – Myślę, że na rynku jest miejsce dla wszystkich pojazdów, zarówno spalinowych, jak i elektrycznych. Jeżeli samochody bateryjne, chcąc nie chcąc, mają być przyszłością motoryzacji, to im szybciej klienci się do nich przyzwyczają, tym szybciej i łatwiej będzie dealerom je sprzedawać – podsumowuje.

Skontaktuj się z autorem
Piotr Burakowski
REKLAMA
Zobacz również
Aktualności
Szokujące przejęcie we Francji
Redakcja
12/7/2024
Aktualności
Ekologia to nasz wybór
Redakcja
12/7/2024
Aktualności
Jednomarkowy wielomarkowym
Redakcja
12/7/2024
Miesięcznik Dealer
Jedyne na rynku pismo poświęcone w 100 proc. tematyce zarządzania autoryzowaną stacją dealerską. Od ponad 12 lat inspirujemy właścicieli, menedżerów i szefów poszczególnych działów dealerstw samochodów.