
W książce „Fight Club” Chucka Palahniuka, na bazie której powstał słynny film Davida Finchera o tym samym tytule, zwykli mężczyźni spotykali się w nielegalnych klubach walki, by – mówiąc wprost – dać sobie nawzajem po mordach. Nie były to pojedynki na pieniądze, tylko starcia, które zapewniały wyłącznie poczucie czysto fizycznej męskiej siły, nieosiągalne przy codziennych, zwłaszcza biurowych, obowiązkach. Postacie przedstawione w tej fikcyjnej historii nie różnią się jednak od mężczyzn, których mijamy na ulicy – część z nich, mniej lub bardziej, ma potrzebę fizycznej konfrontacji, choć oczywiście niekoniecznie w formie walki. Zamiast do klubu mają dostęp do sali, w której trenuje się boks czy karate. Ale czasem wystarczy odpowiedni drużynowy sport, jak choćby rugby, które jest o wiele mniej brutalne i agresywne niż wielu się wydaje, choć zarazem na tyle kontaktowe, by dawało prawdziwą satysfakcję.
NASTOLETNI ZACHWYT
Sebastiana Misiunę poznałem podczas tegorocznego – pierwszego – Forum TOP100 Używane, odbywającego się w Jachrance k. Warszawy. Trudno było zresztą o jego przeoczenie, bo posturą przypomina byka – wysoki i masywny, a przy tym muskularny, kojarzący się raczej z bohaterem filmu akcji z lat 80., a nie szefem działu aut używanych w dealerstwie. – To biały jednorożec – rzucił uwagę na temat Sebastiana rozmawiający z nami Igor Gorzycki, szef Yamy i, co ciekawe, były reżyser (pisaliśmy o tym w kwietniowo-majowym „Dealerze” z 2021 r.), dając do zrozumienia, że Misiuna prowadzi na tyle nietypowe „życie po godzinach”, że doskonale nada się do prowadzonej przeze mnie rubryki. I miał rację. Pisałem już o piłkarzach, koszykarzach, rowerzystach, biegaczach czy nawet surferach, ale dotychczas nie zdarzyło się, by bohaterem działu „Nie tylko praca…” był rugbista – i to w dodatku taki, który grał w ekstralidze.
Kiedy Sebastian zaczynał w szkole przygodę z rugby, miał 13 lat. Już wtedy był wysoki, ale nie przypominał dzisiejszego byka. Jako szczupły nastolatek, któremu wyrastał dopiero pierwszy wąs, podziwiał dużo starszych kolegów rugbistów, wielkich i twardych, którzy, jeśli nie byli akurat na boisku, dźwigali ciężary na siłowni. Sebastian zrozumiał wtedy, że to w tym mało popularnym nad Wisłą sporcie kryją się prawdziwi twardziele – choć na murawie, tak jak we wspomnianych klubach walki, jest miejsce dla każdego: i małego, i dużego, i chudego, i grubego (o czym więcej za chwilę).

w radzeniu sobie z codziennymi zawodowymi wyzwaniami
UNIKATOWE CECHY
W rugby piłka zawsze podawana jest rękoma do tyłu – podanie jej do przodu oznacza przewinienie (choć kopanie piłki jest już dozwolone we wszystkich kierunkach). Cel gry jest prosty: przeniesienie albo wykopnięcie „jaja” na pole punktowe przeciwnej drużyny, która ma prawo do powalenia zawodnika trzymającego piłkę. – Rugby jest sportem wymagającym szybkiego myślenia, bo w każdej chwili możesz zostać powalony na ziemię – przybliża Sebastian.
Gra toczy się w składach osobowych 15 vs 15 albo 7 vs 7 (mecz w większych zespołach trwa 80 min, w mniejszych – 14 min, a rywalizacja podzielona jest na połowy). – Rozgrywka, w której na boisku biega 30 zawodników, ma bardziej kontaktowy charakter. Rugby czternastoosobowe jest natomiast szybkie i naprawdę dynamiczne. Piłka lata wtedy od lewej do prawej strony boiska – opisuje sportowiec. Co ciekawe, rugby mylone jest często w Polsce z futbolem amerykańskim. Stąd też m.in. przekonanie, że zawodnicy grają w kaskach i ochraniaczach, podczas gdy faktycznie mają na sobie tylko koszulki i spodenki, długie skarpety oraz buty z kołkami (opcjonalnie także na przykład miękkie kaski).

I DLA GRUBEGO, I DLA CHUDEGO
Każdy, niezależnie od postury, znajdzie w rugby pozycję dla siebie. Dajmy na to, taki skrzydłowy zwykle nie uczestniczy w mocnym fizycznym kontakcie. To dynamiczny, zwinny i szczuplejszy zawodnik, który ucieka, aby położyć piłkę na polu przyłożeń. W rugby występuje też m.in. łącznik młyna, który jedynie rzuca „jajo” i praktycznie nie bierze udziału w fizycznych konfrontacjach. Jak tłumaczy Sebastian, gruby gracz, gdy tylko trochę potrenuje, sprawdza się zaś idealnie na pierwszej linii młyna, gdzie potrzebni są wielcy i silni faceci, ale już niekoniecznie wysportowani czy atletyczni.
Wspomniany młyn to element gry, który pojawia się, gdy dochodzi do mniej poważnego przewinienia lub błędu. To walka dwóch – zwykle ośmioosobowych – formacji o przejęcie piłki (rzuca ją pomiędzy oba zespoły łącznik młyna) poprzez wzajemne przepychanie się i zagrywanie jej nogami. Sebastian od zawsze gra w formacji młyna (na drugiej lub trzeciej linii). – Młyn skupia się na obronie, tak aby zawodnicy z ataku mogli rozpocząć swoją akcję i znaleźć się na polu przyłożeń – omawia.
Rugby wymaga siły i wytrzymałości nie tylko podczas młyna czy innych bardziej bezpośrednich akcji. Przykładem jest choćby rzut z autu, podczas którego zadaniem zawodnika jest rzucenie piłki idealnie na określoną wysokość (3–3,5 m) i odległość (5–15 m) do partnera z drużyny. Wygląda to w praktyce tak, że dwaj gracze podnoszą trzeciego, który w odpowiednim momencie skacze i łapie lecącą piłkę (to samo robią przeciwnicy, próbując ją przechwycić). Następnie rozpoczyna się bieg z piłką, w trakcie którego rywale szarżują za biegnącym graczem, bądź następuje szybkie podanie jej do innego członka zespołu.
DŻENTELMENI W SPODENKACH
Samo rugby przyciąga bardzo różne osoby: od chłopaków z siłowni, hydraulików, aż po dyrektorów firm. W klubie Posnania (dziś I liga rugby), w którym gra obecnie Sebastian, zawodnicy przed rozpoczęciem meczu, niczym muszkieterowie, krzyczą: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Podobno Winston Churchill powiedział, że „rugby jest grą chuligańską, w którą grają dżentelmeni”. Misiuna zapewnia, że członkowie przeciwnych drużyn szanują się nawzajem i dbają zwykle o przestrzeganie zasad, dlatego nie jest to sport tak brutalny i agresywny, jak wielu sądzi. Sebastian przyznaje zresztą, że wychodzi z niego bez większych kontuzji. – Podczas rozgrywki bijesz się o każdy centymetr boiska, ale pamiętasz przy tym o panujących na nim regułach. Po wszystkim następuje gwizdek i gracze przybijają sobie piątki, idą na piwo i rozmawiają ze sobą w wesołej atmosferze – przekonuje.
Nie zmienia to jednak tego, że gdy dochodzi do gry, wszyscy zawzięcie walczą o zwycięstwo. Sebastian w swojej wieloletniej karierze najmilej wspomina mecz z Pogonią Siedlce. – Kiedy trafiłem do drużyny Posnanii, byliśmy beniaminkiem ekstraligi. Wchodziliśmy do grupy bardzo doświadczonych drużyn i nasze początki nie były najlepsze. Przegrywaliśmy jeden mecz za drugim. Ale wszystko zmieniło starcie z Pogonią Siedlce, w którym zwyciężyliśmy. To było coś pięknego – mówi.

SZKOŁA CHARAKTERU
Sebastian trenuje często dwa razy w tygodniu na boisku, ale uzupełnia to indywidualnymi treningami (siłownia, bieganie), dzięki którym dba o formę. W sumie daje to zwykle łącznie 4 treningi tygodniowo, choć kiedy Misiuna miał więcej czasu – dziś rozdziela go między pracę, rodzinę i aktywność fizyczną – trenował 6 razy w tygodniu. – Nie wyobrażam sobie życia bez pasji. Uważam, że ten, kto nigdy nie uprawiał żadnego sportu, ma często słabą głowę – nie radzi sobie ze stresem, z trudnymi sytuacjami i pracą pod presją, co widoczne jest dziś zwłaszcza w młodym pokoleniu. To sport kształtuje charakter i odpowiednią postawę – ocenia 31-latek.
SEBASTIAN MISIUNA
szef działu sprzedaży samochodów używanych w Yamie, dealerstwie Nissana, Renault, Dacii, Suzuki oraz Chery, GAC i Geely z Bydgoszczy, Torunia i Osielska




