Komentarz

Strach się bać!

Słyszeliśmy już o wypadkach, w których pojazd autonomiczny zabił swojego kierowcę, pasażera i przechodnia. Na początku tego roku doszło do kolejnego wypadku. Tym razem z udziałem… robota.

No i stało się to, co prędzej czy później stać się musiało – i nawet nie trzeba było na to jakoś specjalnie długo czekać. Biorąc bowiem pod uwagę niedługą na razie karierę pojazdów autonomicznych w publicznym ruchu drogowym – a na razie są to tylko mniej czy bardziej szeroko zakrojone próby – to dosyć szybko dowiedzieliśmy się o pierwszym wypadku, w którym taki „samojazd” zabił swojego kierowcę, nieco później zabił pasażera, a jeszcze potem przez „samojazd” zabity został przechodzień (a ściślej piesza z rowerem). W sumie całkiem spora „galeria” nieszczęsnych ofiar… Aż wreszcie niedawno ofiarą został dosyć bliski… kuzyn pojazdu autonomicznego, a mianowicie przemysłowy, a dokładniej ekspozycyjno-informacyjny robot. Jak się okazało w trakcie powypadkowych oględzin odniósł na tyle poważne „obrażenia”, że nie kwalifikował się już do reanimacji, czytaj – rekonstrukcji. Czyli też, w pewnym przybliżeniu, został zabity.

Ponieważ ten tekst nie aspiruje do klasycznych scenariuszy Hitchcocka, zabójcę poznajemy już na samym początku – to elektryczny samochód, na razie dążący do autonomiczności, Tesla Model S. Natomiast zdecydowanie mniej znana była nieszczęsna ofiara. Pozwólcie, że przedstawię: to Promobot V.4. Nasz nowy znajomy nie ma niestety rozpoznawalnego imienia, więc będzie tu występował tylko pod „ksywką”, właśnie V.4.

Kto to jest? Otóż Promobot V.4. jest z gorsza człekokształtnym robotem, który potrafi orientować się w otoczeniu, mówić, słuchać i odpowiadać oraz zapamiętywać, rozpoznawać język, w jakim mówi rozmówca, rozpoznawać
twarze, poruszać rękami i głową, a nawet kłaniać się, wykonywać proste czynności manualne oraz poruszać się po płaskiej powierzchni. Natomiast – co zresztą okazało się podczas wspomnianego wypadku – jest trochę… cienki w nogach, ponieważ w przypadku zagrożenia nie potrafi odpowiednio zareagować, czyli po prostu „dać w długą”. Poza tym ma jeszcze kilka innych zwykłych i mniej zwykłych umiejętności, umie na przykład dostosowywać swój „wzrost” do wzrostu rozmówcy, słodko przewracać ślepiami, uśmiechać się, a w razie potrzeby wydrukować w swoim brzuchu bilet czy ulotkę. Całkiem sporo, bo w tym spisie są przecież czynności trudno osiągalne dla większości ludzi! Choćby słuchać i zapamiętywać.

Po uderzeniu w robota Tesla zachowała się bardzo przytomnie: nie hamowała gwałtownie, tylko dostojnie się zatrzymała. A jednak nie zauważyła oświetlonego robota.

Można się spodziewać, że w związku z takimi kwalifikacjami V.4. może być w wielu funkcjach całkiem użyteczny: może choćby znaleźć zatrudnienie w różnych pomocniczych pracach biurowych, w recepcjach, w handlu, na wystawach, jako przewodnik, automatyczny konsultant administrator czy concierge. Oczywiście zależnie od potrzeb właściciela może być różnie
skonfigurowany, zarówno konstrukcyjne, jak i co do software’u. Prawie ideał pracownika!

Skąd się zatem ten dżentelmen wziął? Otóż jest on produktem aktywnej na rynku nowych technologii firmy Promobot, zarejestrowanej w mieście Warminster, w stanie Pensylwania. Z czego na razie nie wynika, że jest to firma w całości rosyjska, z częścią rozwojową i produkcją w Rosji. Natomiast właściciele oraz zespół kierowniczy i techniczny są w komplecie Rosjanami, czego zresztą zupełnie nie kryją. Przy czym nasz V.4. nie jest oczywiście pierwszym na świecie podobnym wynalazkiem, ale jest o tyle ciekawy, że w stosunkowo dużym stopniu wykorzystuje technologię AI, a ponadto został już dość skutecznie skomercjalizowany – do tego stopnia,
że może on stanowić jakąś zapowiedź tendencji w rozwoju techniki obsługi biurowej. Na całym świecie pracuje już bowiem w różnych zawodach około 350 jego braci, a zamówionych jest kolejnych ponad 150.

Skoro już o rodzinie mowa, to warto wiedzieć, że V.4. ma jeszcze dwóch kuzynów, o imionach V.2. i V.3. Obaj są nadal w produkcji, aczkolwiek są znacznie starsi i, mówiąc wprost, znacznie gorzej rozwinięci umysłowo. Więc tylko uzupełniając, dodam, że sam V.4. ma około 150 cm wzrostu, przy wadze nieco ponad 90 kg. Czyli może niekoniecznie kandydat do draftu w NBA, ale za to solidny i niewywrotny.

Znamy już główne postaci, brakuje nam jeszcze choćby podstawowych okoliczności wypadku. Głównym świadkiem (ale za to podobno bardzo dobrym) był niejaki George Caldera, czyli pasażer Tesli. Jak twierdzi, chciał wypróbować jazdę w trybie autopilota. W tym celu wybrał celowo mniej o tej porze uczęszczaną okolicę, włączył odpowiedni tryb; samochód ruszył, a po przejechaniu niewielu jardów na jego drodze znalazł się – oczywiście nie wiadomo skąd – nieco dziwny przechodzień, czyli nasz kolega V.4. Samochód jakoś go nie zauważył, przechodzień też niestety nie zareagował odpowiednio, czyli nie uciekł, no i już. Za to Tesla zachowała się bardzo przytomnie: po uderzeniu gwałtownie nie hamowała (chyba żeby nie było śladów!), a tylko dostojnie zatrzymała się około 50 jardów dalej. Jak widać na przypadkowym nagraniu, ruch faktycznie był mały (nagranie trwa około 45 sekund, w tym czasie włącznie z „naszą” Teslą przejechało 6 aut). Trochę może dziwić przebieg samego wypadku, bo robota co prawda widać, kiedy znajdował się już na jezdni, ale raczej nie było to „nagłe wtargnięcie”, a co więcej, jego ekrany były wyraźnie podświetlone. Ślepa ta Tesla, czy co?

Dość szybko po wypadku pojawiły się spore wątpliwości co do jego przebiegu, począwszy od tego, czy… miał on w ogóle miejsce.

Kiedy i gdzie to się zdarzyło? No właśnie, bo okazało się, że i czas, i miejsce były tu akurat dosyć szczególne, a może i… nieprzypadkowe. Miejsce: niezbyt główna ulica Joe W. Brown Drive, leżąca na tyłach ogromnego centrum konferencyjno-hotelowego Las Vegas Convention Centre, sąsiadująca z parkingami tegoż centrum. Okolica raczej odludna, z jednej strony ogromne parkingi, z drugiej jeszcze większy park. Czas: około godz. 19, w niedzielę 6 stycznia tego roku, czyli sprawa jest zupełnie świeża, ale nawet nie o to tu chodzi. Oto bowiem dokładnie następnego dnia rano, w poniedziałek 7 stycznia, i właśnie w wymienionym Las Vegas Convention Centre, rozpoczynał się Consumer Electronics Show 2019, czyli największe na świecie targi i wystawa elektroniki użytkowej!

Dla pewności posłuchajmy jeszcze, co mówią ostatni ze świadków, czyli sami właściciele „ofiary”. Otóż, ich zdaniem wyprowadzili całą grupę robotów z ciężarówki, którą przywieźli na targi, po czym zaczęli prowadzić tę ekipę przez parking, co podobno było częstą i sprawdzoną praktyką. Nagle jeden z robotów niepostrzeżenie zmienił trasę, oddalił się od kolegów, no i w końcu bezmyślnie wyszedł na jezdnię, gdzie akurat przejeżdżała Tesla. No co za przypadek! Przy czym ja na to patrzę trochę z naszej perspektywy, bo przecież my tu w Polsce – w odróżnieniu choćby od Amerykanów – o naszych wschodnich sąsiadach i ich obyczajach to i owo wiemy. Przecież mogło być i tak (i wierzymy w to mocno) że nasz V.4. po prostu dla uspokojenia swoich scalonych nerwów pociągnął nieco zbyt głęboko z najnowszej baterii typu szkło-etanol?

Oczywiście Promobot sprawę błyskawicznie i szeroko nagłośnił, starając się włączyć w to nawet Elona Muska. Co było medialnie o tyle przekonujące, że akurat Tesla ma już trochę „nagrabione” w kwestii bezpieczeństwa „autonomików”. Tyle że dość szybko po wypadku pojawiły się spore wątpliwości co do jego przebiegu, począwszy od tego, czy… miał on w ogóle miejsce. A ponadto, internetowi złośliwcy zaraz wygrzebali kilka przykładów z nieodległej przeszłości, kiedy to kierownictwo Promobota (tu ze szczególnie kreatywnym udziałem pana Olega Krivokurceva, formalnie dyrektora technicznego, a w praktyce także rzecznika firmy) już podobne pomysły realizowało – i to więcej niż raz. Z reguły były to scenariusze typu „ucieczka robota”, często nieco rozszerzane: o interwencję policji, wywołanie zamieszania w ruchu drogowym czy wymknięcie się przez ostatnią szczelinę w domykającej się bramie automatycznej. Co prawda dotąd tylko na terenie Rosji, ale wtedy nie mieli jeszcze tak rozwiniętego projektu, więc może teraz uznali, że mają z czym wypłynąć na szersze wody?

No bo faktycznie nie trzeba być szczególnym fanem teorii spiskowych, aby sobie różnych faktów wokół tego zdarzenia jakoś nie pokojarzyć. Czas i miejsce wręcz idealne do promocji właśnie takiego „wyrobu” – w jakiejkolwiek formie, nawet „fake newsa”. A że w tle z nośnymi tematami, jak motoryzacja autonomiczna i Tesla, to tym lepiej! Czyli jednak medialno-marketingowa ustawka? Niestety bardzo prawdopodobne. Poczekamy, zobaczymy i damy znać. A już miałem trochę nadziei, że na własne oczy zobaczę to, o czym marzyli i pisali liczni autorzy literatury sci-fi, w tym nawet klasyk gatunku, Stanisław Lem. Najprawdziwszą wojnę maszyn!

Skontaktuj się z autorem
Jacek Pruchnicki
ekspert rynku dealerskiego, właściciel firmy Balzer JP
REKLAMA
Zobacz również
Komentarz
Uwaga, dzwoni klient!
Redakcja
27/9/2021
Komentarz
Filozofom się nie śniło
Redakcja
23/8/2021
Komentarz
W dobrą stronę, ale…
Redakcja
22/8/2021
Miesięcznik Dealer
Jedyne na rynku pismo poświęcone w 100 proc. tematyce zarządzania autoryzowaną stacją dealerską. Od ponad 12 lat inspirujemy właścicieli, menedżerów i szefów poszczególnych działów dealerstw samochodów.