Jestem najstarszym żyjącym i wciąż działającym dealerem BMW w Polsce. W tym roku skończyłem 80 lat. Wiem, że za moim sukcesem stoi rodzina, a zwłaszcza żona, która zawsze była wyrozumiała wobec tego, co robiłem. Jeśli partnerka nakaże mężowi, który prowadzi firmę, żeby wracał do domu po ośmiu godzinach pracy, to już po biznesie” – wskazuje Tadeusz Fus, założyciel Auto Fus Group.
Tadeusz Fus, gdy przychodzę do jego gabinetu na terenie salonu BMW przy ul. Ostrobramskiej w Warszawie, rozmawia akurat przez telefon z klientem, pomagając mu w rozwiązaniu problemu z autem. To w końcu wieloletni dealer, który nie spuszcza nogi z gazu: nadal, jako współwłaściciel, zaangażowany jest w codzienną działalność i rozwój firmy, ale wie, że kiedy już odejdzie, dealerstwo, które stworzył, będzie funkcjonowało bez szwanku. W AFG pracują dziś nie tylko jego synowie i córka, ale i wnukowie, a w kolejce czeka już na swoją szansę następne pokolenie.
OJCOWSKI WZORZEC
Duży wkład w osiągnięcia Tadeusza Fusa miał ojciec, który wpoił synowi ważne wzorce. Mikołaj Fus dobrze zarabiał, jeżdżąc jako kierowca w Państwowym Monopolu Spirytusowym na trasie Warszawa- Lwów. Postanowił, że za odkładane latami pieniądze założy razem z kolegą biznes. Obaj zainwestowali tuż przed II wojną światową w autobusy, mając plan stworzenia komunikacji międzymiastowej. Ale pojazdy, na które Mikołaj Fus odkładał fundusze przez ponad dwie dekady, przepadły wraz z wybuchem wojny. Jednak ojciec Tadeusza Fusa nie poddał się. W powojennej zburzonej Warszawie znajdował w zgliszczach spalone głowice maszyn Singera, a następnie kupował specjalne części i składał maszyny na nowo. – Tata był nie lada specjalistą, bo złożenie modelu tak, aby dobrze szył, było wielką sztuką – podkreśla Tadeusz Fus. Sam zresztą, już jako kilkulatek, naklejał na maszyny kalkomanię w postaci charakterystycznego kwiatowego wzoru. – Ojciec nie wypędzał mnie z warsztatu, tylko mówił: „Proszę, zrób to. Zobaczę, czy potrafisz”. I kiedy przekonał się, że dobrze idzie mi naklejanie kalkomanii, chciał, żebym przyklejał kolejne wzorywspomina założyciel AFG. Także w późniejszych latach, kiedy Mikołaj Fus zajął się naprawą maszyn rolniczych, potem tuningowaniem motocykli, a wreszcie – prowadzeniem warsztatu samochodowego, rodzic zachęcał syna do pracy i rozbudzał w nim motoryzacyjne zamiłowanie.

Do prowadzenia serwisu potrzeba smykałki, którą Tadeusz Fus przejawiał już jako dziecko. Pewnego razu poszedł po szkole do ojcowskiego warsztatu, gdzie Mikołaj Fus i dwaj zatrudnieni mechanicy sprawdzali model Warszawy, w którego silniku coś stukało. Mały Tadeusz, samodzielnie osłuchawszy auto, jako jedyny stwierdził, że stuka sworzeń tłoka w tulejce. Po dokładnym sprawdzeniu samochodu okazało się, że chłopiec miał rację. – To zmysł, który został ze mną do dziś. Wrodzona intuicja – zapewnia. Młodzieńcze talenty Tadeusza Fusa sięgają jednak jeszcze dalej. W wieku sześciu lat po raz pierwszy wsiadł na motor, a mając 12 – i nie posiadając prawa jazdy – był już wicemistrzem Polski w zawodach kaskaderskich.
ROZBUDZANIE PASJI
Zaszczepianie kolejnym pokoleniom motoryzacyjnego bakcyla stało się zresztą w rodzinie Tadeusza Fusa tradycją. Jego synowie, Tomasz i Piotr Fusowie, są dziś współwłaścicielami AFG i od najmłodszych lat przejawiali zainteresowanie tym, czym zajmował się ich ojciec. W firmie pracują także inni członkowie rodziny – córka Ewa Brożyna oraz wnukowie: Maksymilian, Bartłomiej i Aleksandra. I to właśnie Tadeusz Fus zaszczepiał każdemu z nich, w mniejszym bądź większym stopniu, pasję do branży automotive. Założyciel dealerstwa pokazuje mi zdjęcie z 2010 r., na którym widoczny jest Maksymilian Fus, wówczas jeszcze uczeń szkoły średniej, wraz z dziadkiem w fabryce McLarena. Obaj stoją przed pojazdem Formuły 1. – Producent pokazywał nam wówczas pierwsze szosowe auto brytyjskiej marki, którym jeździłem z wnukiem. Wtedy Maks nawet nie myślał, że będzie działał z dziadziem w dealerstwie. Wziąłem go ze sobą, zachęcając: „Chodź, pojedziesz, zobaczysz” – opowiada. Tadeusz Fus rozbudzał zainteresowanie w swoich dzieciach i wnukach, ale dopiero kiedy widział, że naprawdę chcą iść jego drogą, popychał wszystko dalej. – Nie ma sukcesu, jeśli człowiek pracuje z przymusu. Gdyby to wyglądało tak, że ja chcę, a moje dzieci i wnukowie nie chcą, nic by z tego nie wyszło – mówi bez cienia wątpliwości.
Maksymilian Fus przyznaje, że już jako dziecko doskonale znał warszawski salon BMW przy Ostrobramskiej. Tadeusz Fus na tyle chętnie dzielił się swoim zamiłowaniem, że na terenie salonu organizowane były nawet wycieczki szkolne dla najmłodszych (grupy po obiekcie oprowadzał nieraz sam prezes). – Znałem praktycznie każdy zakamarek firmy. Moja klasa kilkukrotnie odwiedziła salon, dlatego motoryzacyjna pasja udzielała się nie tylko mi, ale też innym dzieciakom, a nawet nauczycielom – zaznacza Maksymilian Fus, dziś menedżer marki Aston Martin w AFG. Jak dodaje, gdy z kolei pojawiał się w salonie sam, szef dealerstwa miał dla niego zawsze jakąś „misję specjalną” do wykonania. Wychowywany w samochodowym otoczeniu Maksymilian marzył też o samodzielnym pokierowaniu autem – i marzenie to spełnił w latach dwutysięcznych na terenie podwarszawskiej działki dziadka i babci, zasiadając m.in. za kierownicą Renault Laguny V6. – Kiedy zdałem później egzamin na prawo jazdy, dziadek miał dla mnie własny – już znacznie bardziej emocjonujący – test – zdradza tajemniczo.

SIŁA RODZINY
To, że Tadeusz Fus mógł budować potężną firmę i zaszczepić skutecznie w kimkolwiek zamiłowanie do motoryzacji, wiąże się z tym, że miał – i nadal ma – wyrozumiałą życiową partnerkę. – Moja żona nigdy nie miała do mnie pretensji, że tak długo pracuję. A zwłaszcza na początku były okresy, kiedy tej pracy było naprawdę wiele – tłumaczy. Jak dodaje, gdy szef kończy pracę po kilku godzinach, zostawiając zatrudnionych ludzi samych, nie wróży to dobrze. – Nawet najlepsi pracownicy potrzebują człowieka, który podejmie za nich decyzję w parę minut. Albo i szybciej. Miałem kolegę, na którym żona wymusiła, by zaczynał pracę o ósmej rano, a kończył o piętnastej. Skutek był taki, że jego warsztat splajtował – wyjaśnia.

Mimo nawału obowiązków domowe relacje u Fusów były zawsze dobre, bo kiedy już głowa rodziny miała czas, spędzała go niemal wyłącznie z najbliższymi. – Wracałem do domu około ósmej, dziewiątej wieczorem. Nie ukrywam, miałem wyrzuty sumienia, że zostaje mi tak mało czasu dla rodziny. Ale wykorzystywałem każdą możliwą okazję do rozmowy z żoną i dziećmi. Gdy Krysia szykowała dzieci do snu, zawsze jeszcze przez chwilę z nimi rozmawiałem – przybliża. Rozmowa jest w jego rodzinie nie tylko podstawą budowania relacji, ale i mierzenia się z problemami: – Kiedy pojawia się trudna sytuacja, unikamy emocji, tylko rozmawiamy i dzielimy się swoimi pomysłami, a następnie wybieramy najlepsze rozwiązanie.
PIĘĆ PALCÓW TADEUSZA
Tadeusz Fus jest bardzo otwarty na słuchanie innych. W życiu zawodowym i prywatnym kieruje się pięcioma zasadami: słuchaj, przyznawaj się do sukcesu, ale i do błędu, bądź pokorny, podchodź krytycznie do tego, co robisz oraz – to najważniejszy punkt – analizuj. Gdy założyciel AFG przyjmował nowe osoby do pracy, prosił je, by obrysowywały na kartce papieru swoją dłoń i na każdym narysowanym palcu wpisywały po jednej z wymienionych zasad, a następnie – by położyły tę kartkę na swoim biurku w firmie, tak żeby wszystkie zasady wryły im się w głowę. Prezes AFG uważa, że „pięć palców Tadeusza” sprawdza się nie tylko w życiu zawodowym, ale i rodzinnym, w którym ważne jest m.in. to, by małżonkowie nawzajem siebie słuchali.

Jednocześnie dealer zdaje sobie sprawę, że nie ma patentu na mądrość. – Chętnie wysłucham choćby i dwunastolatka, bo może akurat powie coś wartościowego. Jestem także otwarty na sugestie pracowników. Słucham ich zdania, a czasem nawet proszę o radę – zauważa. Potwierdza to jedna z pracownic, wspominając przy okazji o innych zaletach Tadeusza Fusa. – Szef to uczciwy pracodawca, który szanuje zespół, a przy tym daje nam dużą swobodę działania. Gdy spotykam go w przelocie, zawsze pyta, co u mnie i moich dzieci. W razie potrzeby pomaga pracownikom, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji – stwierdza Izabela Pikus-Pakuszewska, która ma ponaddwudziestoletni staż w firmie i obecnie pełni w niej funkcję menedżera ds. relacji z klientami.
POKORNIE PRZEZ BIZNES
Tadeuszowi Fusowi, mimo osiągniętego sukcesu, nie brakuje więc pokory. – Wiele nauczyłem się od swojego ojca, który nie trwonił zarobionych pieniędzy. Zainwestował w dom i firmę, podczas gdy niejeden jego kolega ostatecznie do niczego nie doszedł, przetracając zarobione pieniądze – relacjonuje. W domu rodziny Fusów nie było mowy o hucznych balangach czy wizytach w drogich restauracjach. Panował szacunek do pieniądza. – Niektórzy żyją z dnia na dzień, a ja chciałem zostawić coś po sobie, tak żeby dzieci czy wnukowie mieli łatwiejszy start – przekonuje.
Stąd też idea stopniowego rozbudowywania Auto Fus Group. W 1968 r. firma otworzyła autoryzowany serwis Fiata, następnie nawiązała współpracę z Boschem, a później z Mercedesem. Przełomowym krokiem w rozwoju było przyznanie w roku 1986 autoryzacji serwisowej BMW, za którą poszedł wkrótce oficjalny punkt sprzedażowy. Pierwszy pylon z biało-niebieską szachownicą został postawiony przy ul. Nałęczowskiej w Warszawie. Tadeusz Fus twierdzi, że w celu nawiązania kontaktu z BMW pojechał do Poznania na targi motoryzacyjne, lecz jego propozycja współpracy nie spotkała się tam z aprobatą. Napisał więc list do Monachium i już po kilku dniach od jego wysłania odwiedzili go przedstawiciele niemieckiej marki. Po dokładnym audycie otrzymał odpowiedź, że może serwisować auta BMW choćby od jutra. Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale w tamtych czasach, mając do dyspozycji zaledwie jednego sprzedawcę, BMW Auto Fus sprzedawało więcej samochodów niż oficjalny importer i pozostali dealerzy razem wzięci.
Kolejna odsłona działalności z BMW rozpoczęła się już grubo po transformacji ustrojowej – w roku 2002. Wtedy autoryzowane dealerstwo bawarskiego producenta ruszyło pełną parą w nowej lokalizacji – w przestronnym, zbudowanym z myślą o przyszłości salonie przy ul. Ostrobramskiej. I od tego czasu wszystko nabrało rozpędu: w ofercie sprzedażowej dealera pojawiły się także BMW Motorrad, Mini, Rolls Royce i Alpina. Dziś na portfel grupy, która działa w Warszawie i Białymstoku, składają się ponadto: Aston Martin, Ineos, McLaren oraz Dacia i Renault. Co więcej, firma weszła także na pole chińskiej motoryzacji: AFG Electric Motors, spółka należąca do rodziny Fusów, jest importerem marek z portfolio Dongfeng Motor Group na Polskę.

ZA STERAMI HELIKOPTERA
Nie wszyscy jednak wiedzą, że Tadeusz Fus ma za sobą też biznesowy epizod z helikopterami marki Robinson. Jak przyznaje, na helikopterach nie zarobił, ale też nie stracił. – Sprzedawaliśmy około trzy helikoptery rocznie, a dopiero przy sprzedaży 7–8 maszyn byłby z tego zysk. Uznałem, że jeśli zrezygnuję z tej gałęzi biznesu, zaś z miejsca, w którym trzymałem śmigłowce, zrobię blacharnię, będą z tego korzyści –opisuje. Założyciel AFG liczył na to, że najlepiej będą sprzedawały się maszyny za około 2 mln euro, które miał w swojej ofercie, tymczasem klienci celowali chętniej w droższy towar – za 4 mln euro i więcej.

Biznesmen sam był przy tym zapalonym pilotem. Swoim prywatnym helikopterem wylatał 1500 godzin, a kilkukrotnie przydarzyły mu się niebezpieczne sytuacje. Pewnego razu Tadeusz Fus leciał z rodziną na Mazury, gdzie ma swoją posesję i lądowisko. Wydawało się, że lot będzie bardzo sprawny, bo była piękna pogoda. Ale gdy dealer znajdował się już blisko celu, zaskoczyła go mgła, przez którą nic nie widział. Na gwałt szukał więc polany do lądowania. Leciał nad samymi czubkami drzew, ryzykując uderzenie. Wreszcie natknął się na łąkę, ale, ponieważ była blisko jeziora, obawiał się, że jest tam bagno. Czterokrotnie podchodził do lądowania, oceniając, czy podłoże jest aby na pewno bezpieczne. Upewniwszy się, że może lądować, osadził bezpiecznie maszynę na ziemi i odetchnął z ulgą. Jak się okazało, jego posiadłość znajdowała się pół kilometra dalej.
NAJWAŻNIEJSI LUDZIE
Sukces w biznesie zależy też od wyrozumiałości życiowej partnerki. Miałem kolegę, na którym żona wymusiła, by zaczynał pracę o 8.00, a kończył o 15.00. Jego warsztat splajtował.
Dziś, po kilku dekadach prowadzenia dealerstwa i wielu – nie tylko biznesowych – przygodach, dla Tadeusza Fusa najważniejsze jest to, że przekazał pałeczkę swoim dzieciom. To ludzie, w tym pracownicy, byli dla niego od zawsze najważniejsi. – Sami prowadzimy rekrutacje, nigdy nie podkupujemy ludzi. Tak jest najlepiej. Uczymy nowego pracownika i, jeśli tylko postawi przed sobą dobry cel, mamy z niego pociechę – zwraca uwagę. I podsumowuje: – Nie ma pracy bez celu. Jeśli ktoś przychodzi do firmy, żeby, ot, popracować sobie przez miesiąc czy pół roku, nie zadziała to na dłuższą metę. Taki człowiek pójdzie za chwilę w drugie, trzecie czy dziesiąte miejsce. Mam u swojego boku osoby, które są ze mną od 25 czy nawet ponad 30 lat. I nie ma nic lepszego.



